sobota, 20 lutego 2010

Jano


Od kiedy chodzimy na dworzec zawsze spotykaliśmy tam Jano. Dla mnie był zawsze jedny z tych, którzy bezdomność wybierają z rozmysłem. Mogliby pracować, mogliby mieć rodziny, mogliby normalnie żyć, ale wybierają "wolność". Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego destrukcyjnego mechanizmu, który tak często odpala w ludzkiej głowie.

Napiszę najprościej jak się da. Po wielu mroźnych dniach zimy Jano trafił do szpitala gdzie okazało się, że niezbędna jest amuptacja nóg... Dwa miesiące wczesniej rozmawialiśmy o jego planach zawodowych, o tym, że już chyba wystarczy bezdomności. Mówiliśmy że trzeba na siebie uważać, bo zima jest trudna. Jano jednak był uparty... Rok temu podczas pewnych warsztatów z streetworkingu usłyszałem, że jesteśmy tylko towarzyszami ludzi, którym pomagamy. Czasami towarzyszymy im w drodze do życia, czasami w kierunku zupełnie przeciwnym. No więc odwiedzamy Jana, rozmawiamy o przyszłości i modlimy się żeby to wydarzenie było wstrząsem, który wywoła rewolucję w życiu Jana, która poprowadzi go w kierunku życia.

Etykiety: , , , ,

poniedziałek, 12 października 2009

1974-2009



Nie do nas należy łapanie przestępców, nie do nas należy ich osądzanie - to co jednak należy do nas to wybaczenie, które ma moc przemienić nas i tych, którym wybaczamy. Wybaczenie, które nie jest li tylko pustym słowem, ale radykalnym wezwaniem do powiedzenia innym, że zostawiam to wszystko Bogu. Zostawiam moją złość, mój gniew, moją rozpacz i smutek...

Przed wakacjami pisałem o Mariuszu... Zaraz po ostatnim wpisie na blogu Mariusz został bardzo ciężko pobity. Przez kolejne miesiące walczył o życie - niestety w pierwszych dniach października zmarł w szpitalu... Brakuje mi słów żeby opisać to co wszyscy czujemy. Nie po raz pierwszy umiera bezdomny, nie po raz pierwszy umiera ktoś w szpitalu. Dla nas jednak umarł Mariusz, którego znaliśmy z dworcowych spotkań, z którym rozmawialiśmy, żartowaliśmy i modliliśmy się... Z każdym tygodniem miałem nadzieję, że jest coraz bliżej miejsca, w którym będzie gotowy na leczenie. Nie zdążył jednak i teraz nic nie zależy od nas. Nie możemy nic zrobić dla Mariusza, nie potrafimy pomóc Policji, bo tak naprawdę nie mamy pojęcia kto to zrobił. Jedyne co wiem, to to, że mimo całej żałości tej sytuacji Bóg jest dobry. To są jedyne słowa, które przychodzą mi na myśl i pozwalają niezwariować z powodu pytań o to jak i dlaczego się to wszystko stało. Bogu więc zostawiam moją złość, mój gniew i mój smutek...

Etykiety: , , , , ,

środa, 29 kwietnia 2009

Dzisiejsza wizyta na dworcu była dla mnie pierwszą od dłuższego czasu. Do niedawna myślałem, że wypalenie to teoretyczne opowieści o czymś co mi z pewnością nie grozi. Teraz wiem, że jest wręcz odwrotnie. Przez ostatnie dwa może trzy miesiące przeżywałem wielkie zniechęcenie pracą na dworcu. Ze złością myślałem o obowiązkach zbliżającej się środy, które zupełnie niepostrzeżenie zamieniły się w nieznośny obowiązek, który odbiera wszelką energię...

Dziś trafiłem na wieczorne spotkanie po dłuższej przerwie i muszę przyznać, że te kilka tygodni oddechu uratowały moją obecność w pracy z bezdomnymi. W jakiś sposób moje przywiązanie do tych ludzi jest dla mnie zadziwiające. Zbyszek, Młody, Andrzej, Krystian, Basia, Kilof,Mariusz, Jano... Spotykam ich częściej niż wielu moich znajomych. To ciekawe, że czuje tak nieodpartą potrzebę pracy z tymi ludźmi...

W zwiazku z tym, że jest to pierwszy wpis od bardzo długiego czasu to garść informacji:

Przenieśliśmy się z terenu dworca na ławki tuż za PKP. Powodem jest chęć unikania konfliktu z ochroną, która co jakiś czas nas odwiedzała. Nie dlatego, że uznajemy rację zarządcy obiektu, ale dlatego, że "Błogosławieni pokój czyniący..." Jestem przekonany, że moglibyśmy zostać na dworcu, ale kiedy myślałem o tej sprawie to jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Czy nie chcę ustąpić miejsca ochronie ze względu na interes bezdomnych czy może stoi za tym moja duma? Ostatecznie zaanektowaliśmy ławki po drugiej stronie ulicy i jest nam bardzo dobrze...

Beata definitywnie przerwała leczenie. Nie mamy kontaktu, ostatnio dostałem życzenia świąteczne, z których wnioskuje, że jakoś się tam trzyma. Boję się jednak, bo przerywanie leczenia nie jest dobrym pomysłem

Znów skurczyła się ekipa dworcowa... Jest nas może 5 osób na stałe zaangażowanych w przygotowania i spotkania na dworcu. To o wiele za mało

Kupiliśmy nowe termosy, które ciekną i są do niczego...

Ciągle marzy mi się, że ktoś będzie robił na dworcu zdjęcia, z których będziemy w stanie zrobić kiedyś wystawę.

Etykiety: , , , ,